sobota, 7 maja 2016

Rozdział II

          *CLARA*
Słysząc deklarację chłopaka ciężko wypuściłam powietrze, które w nadmiarze zbierało się w moich płucach. Moją pierwszą myślą, która pojawiła się w mojej głowie było "Wszystko znów wraca do normy". Wiedziałam, że nie mogę już dłużej milczeć. Zebrałam się w sobie i próbując udawać obojętną wznowiłam wymianę zdań z młodym Amerykaninem.
- O której będziesz?
- Na kolację nie zdążę, może nawet nie będę wracał do domu tylko prześpię się na Uniwerku. - słowa wypowiadane przez szatyna przychodziły mu z dużą łatwością - Muszę kończyć. Kocham Cię. Odezwę się później.
Na koniec rozmowy puścił buziaka i się rozłączył, ja nawet nie zdążyłam odpowiedzieć. "Wszystko znów wraca do normy" pierwsza myśl i od raz strzał w dziesiątkę. Po szczęśliwej nocy moje odczucia ponownie zmieniły się o sto osiemdziesiąt stopni. Radość zmieniła się w smutek, obecność kochanej osoby w samotność, ciepła rozmowa w milczenie. Odłożyłam komórkę na szklany blat stołu zaraz obok pięcio centymetrowej na wysokość sterty dokumentów, które jeszcze dziś miały być uporządkowane o posegregowane zgodnie z datą i kolejnością alfabetyczną. dopóki pracowałam z myślą, że dzisiejszy wieczór i noc spędzę z Grantem praca szła mi płynnie i szybko, kartka po kartce lądowała w odpowiednim segregatorze w odpowiednim miejscu. Jednak z informacją, że z naszych wspólnych planów nic nie będzie straciłam ochotę i siłę do kontynuowania dalszej pracy. Mimo swoich nie chęci musiałam skończyć to co zaczęłam, bo w przeciwnym razie może to skutkować jeszcze gorszym końcem tego dnia. Siły straciłam nie tylko do pracy, ale i do rozmowy z ludźmi. W tym przypadku szybkimi krokami zbliżał się powrót do domu Toma. Po chwili bezsilności powróciłam do pracy... wiedziałam, że jeśli nie uporządkuję dokumentów czeka mnie reprymenda od szefa, a co za tym idzie ostra wymiana słów, a jednocześnie kłótnia, której dziś mi nie potrzeba do zepsucia tak wyśmienitego humoru, który jeszcze niedawno mi towarzyszył. W obecnej chwili czułam się beznadziejnie, jak osoba, która jest potrzebna do zabawy i czarnej roboty. By mieć na najbliższy czas święty spokój i odciąć się od świata wyłączyłam telefon. Papierkowa robota szła mi mozolnie, w czasie w którym niedawno uporządkowałam trzy kartki dokumentów teraz ledwo co uporządkowałam jedną. Z upływem szybko biegnącego czasu sterta niby stawała się mniejsza, ale mimo to i tak za duża jak na moje predyspozycje. W trakcie mijającego czasu myślałam nad pytaniem, które wczoraj zadał mi 21-letni Wells. Jak wczoraj mogłam mu powiedzieć "Tak" to dziś mocno rozważałam odpowiedź "Nie". W jakimś stopniu sama byłam sobie winna obecnej sytuacji. Widząc już od kilku miesiećy jego metamorfozę w jego przypadku na gorsze powinnam zakończyć ten związek, ale za każdym razem kiedy między mną a Grantem sytuacja się poprawiała przez głowę przechodziła mi myśl, że teraz będzie lepiej, że będzie tak jak dawniej. Nie wiedziałam z kim porozmawiać by usłyszeć odpowiedź, której moje wewnętrzne "JA" oczekuje. Porozmawiać z matką? Ona mi powie, że na lepszego nie trafię. Porozmawiać z Agnes? Powie, że zna Granta od podwórka, a teraz po prostu przechodzi kryzys wieku młodzieńczego. Tak naprawdę znałam odpowiedzieć każdej osoby, z którą mogłam o tym porozmawiać. Brakuje mi osoby w najbliższym otoczeniu, która by na to patrzyła z obojętnością.
- Jestem pierwszy czy Grant mnie ubiegł?
Słysząc głos dr Wells'a, który wrócił z biura doznałam jeszcze większego uczucia załamania, a dodatkowo jego powrót zakończył moje wszystkie rozważania nad propozycją jego syna.
- Granta nie ma i nie będzie, a ja nie skończyłam segregować dokumentów, więc jeśli chcesz mnie ochrzanić to sobie odpuść.
Wstałam od stołu i nie chcąc z nim dłużej rozmawiać skierowałam się czym prędzej w stronę schodów by potem znaleźć się w moim i młodego chłopaka sypialni. Kiedy mijałam 38-latka ten złapał mnie za nadgarstek, a moja głowa odwróciła się w jego stronę.
- Jestem Twoim szefem, więc nie podnoś na mnie głosu. - powiedział stanowczo - Ale tu nie chodzi o pracę, prawda?
- Za oknem pada gdybyś nie zauważył, a pogoda wpływa na nasze samopoczucie. - wyrwałam rękę z jego uścisku
- I ta pogoda ma na imię Grant? - bezczelnie się uśmiechnął
- Powiedz mi czego Ty ode mnie tak naprawdę chcesz. - zbliżyłam się do niego
- To lepiej Ty mi powiedz czego Ty oczekujesz od życia. - w jego zachowaniu widziałam bezczelność - Bo czasami uważam, że wcale go tak bardzo nie kochasz jak mówisz.
- To co powiedziałeś było chamskie i skończ wypowiadać się na temat moich uczuć względem Twojego syna!
- Nie, po prostu Ty nie potrafisz udawać i kłamać, a ja jestem nadzwyczaj spostrzegawczy.
- Zawsze taki byłeś! Zawsze uważałeś, że wiesz wszystko najlepiej! - mój głos nabrał głośniejszej i mocniejszej barwy - Zresztą, Ty nadal tak uważasz!
- Nie krzycz na mnie tylko po prostu powiedz co się dzieje pomiędzy wami. - Wells był jedną wielką oazą spokoju, dokumenty odłożył na bok i usiadł przy stole nie odwracając ode mnie swojego ciekawskiego wzroku - No siadaj i mów.
- Ty się słyszysz? - byłam zdenerwowana, a raczej zażenowana w jakiś sposób jego postawą - Powiedz co Ty chcesz ode mnie usłyszeć!
- Prawdę. - bezczelnie uśmiechnął się w moją stronę
- Prawdę? Tak?! To proszę. - podeszłam z grymasem złości do stołu przy którym siedział Tom - Jestem w ciąży z Twoim synem. Wczoraj Grant poprosił mnie o rękę. I po raz kolejny po nocy, w trakcie której uprawialiśmy seks oznajmił, że nie wraca na noc do domu! A wiesz czego idę z nim do łóżka po tym wszystkim co robi?! Bo mnie pociąga tak samo jak Ty kiedyś!
Kiedy to wszystko wydusiłam z siebie po moich policzkach poleciały łzy. Łzy, które były symbolem ulgi, ale i zarazem symbolem nienawiści do samej siebie za to, że o wszystkim mu powiedziałam, o tym wszystkim o czym powinien dowiedzieć się ostatni albo i w ogóle. Kiedy po chwili ponownie popatrzyłam mu w oczy zauważyłam obawę (?), szok, niedowierzanie. Pierwszy raz od kiedy go znam odebrało mu mowę, nigdy nie widziałam go w takim stanie, po raz pierwszy wygląda jak nie on.
- Grant jest życiowym głupcem - nie zaprzeczę, ale mam nadzieję, że mu nie odmówiłaś. - mówił to jakby takie rzeczy słyszał na codzień, jakby moje słowa nie wywarły na nim żadnego wrażenia, żadnych większych odczuć
- Nienawidzę Cię!
Wydarłam się na niego, a mój krzyk rozniósł się po całym domu. Moje serce z nerwów zaczęło szybciej bić, ciśnienie niewiarygodnie wzrosło. Kolejne chwili w towarzystwie Wells'a mogły mi tylko zaszkodzić. Z zaciśniętą pięścią wybiegłam z budynku, w którym się znajdowałam, po drodze do drzwi zabrałam ze sobą tylko żakiet. Na zewnątrz padał deszcz, jednak nie przejmowałam się tym. Mocno zaciągnęłam się świeżym powietrzem, a już po chwili w moich nozdrzach pojawił się miły zapach świeżego powietrza. Nie zważając na nic ani na nikogo kierowałam się szybszym krokiem w wybrane przez siebie miejsce. W trakcie drogi do upragnionego celu próbowałam dodzwonić się do Granta, ale bez skutecznie... za każdym razem słyszałam to samo zdanie "Nie mogę rozmawiać, zostaw wiadomość, odezwę się najszybciej jak mogę. Grant.". Na poczcie głosowej chłopaka zostawiłam około pięciu wiadomości i do tego dziesięć sms'ów z treścią, że go potrzebuję. Teraz kiedy go najbardziej potrzebowałam jego nie było, nie wiedziałam co mam zrobić. Samobójstwo? Dobre dla tchórzy, to tylko ucieczka od własnych problemów. Nie mogłam aż tak nisko upaść, nie mogłam pójść w ślady ojca... ale obawiałam się, że sobie nie poradzę, z Grantem, z ciążą... Na chodniku mijałam co rusz szczęśliwe pary, które w uścisku i radości kierowały się w obranym przez siebie kierunku. Zazdrościłam im szczęścia, które jest pomiędzy nimi, które im obecnie towarzyszy. Ja czułam takie szczęście jeszcze cztery miesiące temu, kiedy Grant był Grantem, a nie tylko wyglądał jak Grant... choć i do jego wyglądu miałabym zastrzeżenia. Teraz kiedy potrzebowałam obecności bliskiej osoby nikogo nie było... matka z partnerem na innym kontynencie, Agnes razem z Jacobem na urodzinach jego ojca, a Grant? Już nie wiem co sądzić o związku z nim. Może po ślubie by się zmienił, ale co mi po tym skoro przez kolejne miesiące przed ślubem czułabym się równie samotna co teraz... Kiedyś był typem grzecznego chłopca, który podpisywał się pod wszystkim co kazał mu ojciec. Właśnie chyba to było w nim takiego pociągającego... był inny niż każdy w jego wieku, liczył się ze zdaniem innym, skupiał się na studiach. A teraz? O wszystko ma pretensje, nie jest już tym samym grzecznym chłopcem. Nauka? Teraz żyje tą nauką dwadzieścia cztery godziny na dobę, świata po za nią nie widzi. Jego umiłowanie jemu sprawia radość, ale mi zadaje ból, cierpienie, łzy i samotność... Czasami wydaje mi się, że byłoby mi lepiej samej niż z nim... ale go kocham, a przynajmniej tak mi się zdaje...
[...] Nim się obejrzałam, a minęło trzydzieści kilka minut mojej podróży, złość i nienawiść do Toma trochę opadła, a deszcz przestał padać. Weszłam na teren Central Parku i już wolniejszym niż dotychczas krokiem szłam ścieżką w kierunku jeziora, obok którego stały ławeczki, na których można było usiąść i pomyśleć nad pracą, uczcuciami i sensem naszego życia. Było to moje ulubione miejsce w tym mieście, jedyne, które potrafiło ukoić wszystkie moje negatywne i niepotrzebne odczucia, emocje i wrażenia. Na całym terenie panowała zieleń, która działa uspokajająco na każdego, szum wody dawał efekt relaksu i ukojenia, a śpiew ptaków działał jak zielona herbata. Usiadłam na ławeczce, plecami oparłam się o brązowe, drewniane oparcie, lewą stopę oplątałam prawą, a dłonie splotłam. Lekko je rozchylając przy nadgarstkach by pomiędzy nimi zrobiła się szczelina otarłam twarz. Patrzyłam na chwiejącą się wodę i uważnie wsłuchiwałam się w odgłosy otaczającej mnie przyrody. Sprawdziłam telefon, w którym nie znalazłam żadnych powiadomień. Głowę odchyliłam do tyłu, a powieki przymknęłam. Moje ciało dostąpiło oczyszczenia ze wszystkich złych i negatywnych przeżyć, które mi towarzyszły przez ostatnie godziny. Chwilę później poczułam jak ktoś obok mnie siada, był to mężczyzna, kobiety wykonują tą czynność spokojniej, choć ku mojemu zdziwieniu nieznajomy - a przynajmniej tak mi się wydawało - usiadł bardzo ostrożnie jak na osobnika płci męskiej.
- Już, lepiej Ci?
- Skąd wiedziałeś, że tu będę?
- Będziemy tak odpowiadać pytaniem na pytanie?
- Nie powinno Cię tu być.
- Może nie jest jak kiedyś, ale wtedy powiedziałem Ci coś ważnego i mam nadzieję, że pamiętasz tamte słowa.
- Przeszłość to wspomnienia, a ja żyję teraźniejszością.
- Tyczyły się przyszłości, więc i chwili obecnej.
- Zostały wypowiedziane kiedyś, a ja nie zwracam uwagi na słowa, które padły w odległych czasach.
- Wiesz, że nie wygrasz.
- Próbować zawsze mogę.
- Tak samo jak i ryzykować.
- Coś sugerujesz?
- Nie, tylko upewnij się co do kogo czujesz...
- Już wiem skąd wiedziałeś, że tu będę.
- Hah. - cicho zaśmiał się pod nosem
- Bo jesteś jedyną osobą, która kiedykolwiek tu ze mną była... - otworzyłam oczy i zerknęłam na niego, po czym szybko wróciłam do poprzedniej pozycji - Więc czuj się wyróżniony.
Mężczyzna wstał.
- Wstań. - powiedział spokojnie, ale głośniej niż dotychczas
- Po co? - otoworzyłam oczy, spojrzałam w górę i spotkałam się ze spojrzeniem jego błękitnych oczy
- Za dużo pytasz. Wstań.
Po chwili zawachania względem rozkazu (?) Amerykanina podniosłam swoje ciężkie ciało do góry i stałam wprost bruneta. Po chwili wydarzyło się coś czego nigdy, a przynajmniej obecnie bym się po nim nie spodziewała. Moje ciało przylegało i w opiekuńczy uścisku do jego klatki piersiowej. Pierwszy raz od dłuższego czasu czułam się dziwnie bezpieczna, to uczucie, które towarzyszyło mi podczas tego momentu było dziwne, nie wiedziałem jak je nazwać.
- Decyzja należy do Ciebie, ale zawsze będę Cię wspierał.
Jego słowa, które wypadały z jego ust były wypowiadane z troską. Błękitnooki brunet swoją prawą dłonią delikatnie masował moją górną część pleców, a swoją lewą dłoń położył z tyłu mojej głowy. Ku mojemu jeszcze większemu zaskoczeniu swoimi wargami złożył delikatny pocałunek na moim czole.
- A teraz wracajmy.
Po tych słowach odsunął się od mojego ciała i z delikatnym uśmiechem popatrzył mi prosto w oczy. Jego zalecenie skwitowałam jedynie kiwnięciem głową. W czasie drogi do auta, a następnie w trakcie jazdy do domu próbowałam w jakiś sposób wytłumaczyć sobie to co się wydarzyło w parku. Nie wiedziałam co mam o tym wszystkim sądzić. W tym momencie byłam jeszcze bardziej zabłąkana myślami i rozważaniami niż wcześniej.

          *GRANT*
"Kocham wolność", a raczej "Coraz bardziej kocham wolność" to stwierdzenie coraz bardziej do mnie pasowało. Przestałem się wszystkim ze wszystkiego tłumaczyć i usprawiedliwiać decyzje, które podejmuję, bo w końcu... nikt za mnie mojego życia nie przeżyje, a ja sam nie zamierzam niczego sobie odmawiać i żyć pełną parą. Nie muszę się nawet wysilacz by mieć pewność, że w przyszłości będę zarządzał firmą ojca, bo, że to się stanie wiem odkąd skończyłem 18 lat. Moje życie to jedna wielka bajka, o której inni mogą tylko marzyć, a w bajkach zawsze jest happy end, a to się równa, że i o swój happy end nie muszę się martwić. Po chwili odpoczynku wstałem z krzesła i podszedłem do tablicy, w dłoń jeszcze chwyciłem czarny marker i będąc już przy tablicy zacząłem kontynuować swoje obliczenia, które miały pomóc w udoskonaleniu prac mojego ojca.
- Co znowu?
- Masz? - w słuchawce było słychać zniecierpliwionego człowieka
- Spokojnie, na wieczór będzie wszystko załatwione. - rozmawiając przez telefon dalej pisałem obliczenia, a niektóre poprawiałem widząc własne błędy - Jakiś czas temu to ja polegałem na Tobie, teraz to Ty polegasz na mnie. Widzisz jakie życie potrafi być przerotne. - każde swoje słowo mówiłem będąc zadowolonym z siebie samego. - A teraz daj mi pracować. - powiedziałem mocniejszym tonem i się rozłączyłem
Skupiając się na swojej pracy próbowałem nie zerkać co chwilę na zegarek. Od niedawna w swoim życiu polubiłem czas kiedy jest ciepło i zwykli ludzie idą spać. Wtedy, to wtedy tak naprawdę zaczyna się życie. Mogę być tylko wdzięczny, że w końcu to zrozumiałem, bo kiedyś byłoby za późno na to wszystko co najlepsze w naszym pięknym i jak na razie młodym życiu. W końcu podszedłem do biurka, dłonie położyłem na drewnianym blacie obok kilku kartek z wzorami i obliczeniami. Głowę schyliłem do dołu, a powieki delikatnie przymknąłem, nozdrzami wciągnąłem większą niż zazwyczaj ilość powietrza, a następnie już ustami powtórzyłem tą czynność. Czasami to "zwykłe" życie mnie już męczyło, w pewnych momentach chciałbym zatrzymać czas by dana chwila trwała i trwała i nigdy się nie kończyła, ale teraz... ale teraz chciałbym przyśpieszyć żeby te kilka najbliższych godzin minęło jak jedna minuta. Cudną ciszę, która panowała w moim "biurze" w jednej chwili rozwiał nieproszony gość, który zakłócił moją próbę większej koncentracji nad obecną pracą.
- Siema stary!
Głośniejszym tonem powiedział mężczyzna, który klaszcząc w ręce wszedł do pomieszczenia, w którym się znajduję.
- Greg... czego chcesz?
- Przyszedłem uratować Cię od tych męczarni. - przerzucił kartkami leżącymi na biurku - A widzę, że jest ich o kilkadziesiąt za dużo.
Chwyciłem jego nadgarstek, a mój zwrok, który skierowałem w jego oczy nie pokazywał radości.
- Nigdy więcej nie dotykaj moich rzeczy! - powiedziałem ze złością, a po chwili puściłem rękę 23-latka
Szatyn dla rozluźnienia mięśni postrząsnął nadgarstkiem.
- Ojca, Clarę, możesz oszukiwać, ale mnie (?) nie uda Ci się.
- Chcesz się czymś podzielić ze mną? - odłożyłem marker na bok
- Powiedziałeś ojcu co robisz? - w głosie mężczyzny słychać arogancję
- Nie muszę i NIE zamierzam mu się spowiadać.
- Ah tak, zapomniałbym, wizerunek idealnego synka byłby naruszony.
Zbliżyłem się do niższego od siebie rówieśnika i złapałem go za koszulkę.
- Nigdy więcej się tak do mnie nie odzywaj! Nigdy! - byłem bliski wybuchu agresji
- To może rzuć to gówno i jedźmy tam gdzie nasze PRAWDZIWE miejsce. - złapał mnie za nadgarstek i odepchnął od siebie - A, i nie pomiataj mną, bo tatuś się o wszystkim dowie. - zaśmiał się pod nosem - A tego byś nie chciał, prawda? - popatrzył mi w oczy
Wziąłem wdech i głośno wypuściłem zebrane wewnątrz siebie powietrze, a spojrzenie chwilowo przeniosłem z podłogi na mężczyznę stojącego naprzeciwko mnie. Początkowo nie wiedziałem co myśleć, ale po chwili zawahania już byłem pewny co powinienem zrobić.
- Masz rację, nie powinno mnie tu być, nie tu jest moje miejsce.
- No, w końcu zacząłeś myśleć.
Chwyciłem kurtkę leżącą na krześle i razem z 23-latkiem udaliśmy się do wyjścia, a następnie po schodach skierowaliśmy się do drzwi.
- Ścigamy się? - zerknąłem na szatyna stojącego obok mnie
- Przegrany oddaje swoją nocną nagrodę.
- Przykro mi, że Ty nim będziesz. - uśmiechnąłem się pod nosem - Od pierwszych świateł do końca trasy.
Rozeszliśmy się do swoich aut. Początkowo pozornie wolno obaj jechaliśmy w kierunek świateł. Szanse okazały być się wyrównane, bo obaj mieliśmy aktualnie czerwone. Z każdą upływającą sekundą nasze silniki "warczały" coraz głośniej, ostatnie spojrzenie na "rywala" i jazda. Pedał gazu wraz zielonym światłem został wdepnięty do końca. Mimo, że obaj stwarzaliśmy zagrożenie dla jeżdżących obok pojazdów, nam sprawiało to frajdę, jak małym dzieciom przejażdżka w parku zabaw na kolejce górskiej. W pewnym momencie zamiast jechać wciąż tuż obok Grega prosto ja odbiłem w prawo, a wtedy byłem już pewnym zwycięstwa. A w mojej głowie zawitały myśli zwycięzcy "Znów przegrałeś Greg". Kiedy chciałem już skręcać w lewo i wyjeżdzać z wąskiej uliczki na główną drogę przed moimi oczami ukazał się jakiś menel. Jednak będąc tak blisko końca trasy nie mogłam nacisnąć hamulca. Zacząłęm trąbić z nadzieją, że pijaczyna ucieknie w bok, ale chyba był też głuchy, bo z drogi zszedł mi w ostatnim z możliwych momentów. Wyjechałem na główną, a wjazd na parking podziemny był już tuż, tuż, na wyciągnięcie ręki. Zaciągając hamulec ręczny odbiłem w prawo, a następnie dodając gazu pojechałem do końca parkingu, a następnie zaciągając ręczny nawróciłem. Zgasiłem silnik, wysiadłem, stanąłem przed samochodem, oparłem się o jego maskę, a następnie na mojej twarzy pojawił się szeroki uśmiech. Wzrok uniosłem ku wjazdowi, a tam pojawił się czarny Ford Mustang Shelby GT500 Exterior należący do McCartney'a. Widząc jego minę zza szyby wywnioskowałem, że szczęśliwy nie jest.
- I kto po raz kolejny wygrał? - zacząłem kiedy wysiadł - Nigdy ze mną wygrasz, a wiesz czego? Bo nawet jeśli znajdziesz moje skróty to ja użyję kolejnych. - patrzę na niego - Bo wiesz, Nowy Jork znam jak własną kieszeń, to miasto nie ma przede mną tajemnic. - z mojej twarzy nie schodził uśmiech zwycięzcy - Dzisiaj nagrody nie będziesz mieć, chyba... chyba, że... oddasz mi auto. - Co?! - wściekły stanął przede mną - Chyba Cię Wells pojebało! Mam to auto od tygodnia.
- Skoro wolisz auto, to okay. Ja przeżyję, ale Ty? Ah, Twój wyraz twarzy w nocy będzie bezcenny. - zacząłem się śmiać
Wiedziałem, że mimo wszystko to co może czekać go w nocy będzie ważniejsze od auta, a dla mnie? Dla mnie był to łatwy sposób zdobycia nowej bryki za free. Wiedząc, że za moment zdecyduje się oddać mi kluczyki do auta wyciągnąłem swoją dłoń do przodu, a po paru sekundach z żalem 23-latek położył na mojej otwartej dłoni kluczyki do nowiutkiego Mustanga.
- Dobry chłopiec, dobry, a teraz na górę. Pora się rozerwać, a no i spokojnie, do domu Cię odwiozę.
Kluczyki od nowego nabytku schowałem do kieszeni i wraz z Amerykaninem udaliśmy się na górę gdzie zaczyna się prawdziwe życie.


----------------------------------------------------

Mam nadzieję, że nie jesteście zawiedzeni nowym rozdziałem :)
Mam również nadzieję, że z uśmiechem go przyjmiecie oraz, że historia Granta (i jego bliskich) was jeszcze bardziej zaciekawi :D
Miłego czytania, ciekawych refleksji po przeczytaniu i oczywiście pozdrawiam :*

piątek, 15 kwietnia 2016

Rozdział I

          *GRANT*
- Szybciej, bo się w końcu spóźnimy!
Mówiłem pospiesznie i cały czas drżąc z nerwów stałem w przedpokoju oczekując natychmiastowego przyjścia na dół wysokiej brunetki. Moje modlitwy zostały wysłuchane po kolejnych kilkudziesięciu sekundach. Nigdy nie rozumiałem i nigdy nie zrozumiem jak można spędzać przed każdym wyjściem godzinę na szukanie odpowiednich ciuchów, a kolejną godzinę spędzić przed lustrem malując się i poprawiając włosy. Faktycznie dziewczyny upiększają nasze życie, ale trzeba pamiętać, że jest to równie duża strata czasu. W końcu spędzając godzinę z dziewczyną na zakupach mógłbym spędzić godzinę w klubie z kolegami. Po schodach zeszła ubrana w długą fioletową bez ramiączek z ostrym wcięciem na wysokości uda sukience. Od wysokości żeber z lewej strony do przeciwnego ramienia przepasało jej ciało pomiędzy piersiami ozdobne, szerokie, srebrne ramiączko. Na jej stopach błyszczą srebrne szpilki z powbijanymi diamencikami. W swoich delikatnych dłoniach trzyma małą, srebrną torebeczkę w kształcie serduszka wysadzoną diamentami na cienkim łańcuszku. Włosy dojrzałej dziewczyny są równomiernie rozłożone na boki, a od ramion za piersi zakręcone. Na palcu 25-letniej Amerykanki widnieje pierścionek z białego złota z brylantami i ametystem. Z uszu Gomez zwisają srebrne kolczyki w kształcie płatków śniegu, a na krańcach płatków wysadzone malutkimi brylancikami.
- I jak? - w jej oczach widać radość
- Pięknie jak zawsze, a teraz chodźmy. - otworzyłem drzwi i ruchem ręki poprosiłem by szła pierwsza
- Przynajmniej Twój ojciec potrafi to docenić.
Na koniec jej wypowiedzi usłyszałem wyposzczone z płuc powietrze i widziałem jak udaje się do auta, które już czekało przed domem.
- Dobra, mój ojciec będzie Ci prawił komplementy, a ja za to będę Cię kochał nad życie skarbeńku.
Kiedy doszedłem do samochodu otworzyłem drzwi pasażera by mogła bezproblemowo wsiąść, po czym zamknąłem drzwi z jej strony i sam wsiadłem na miejsce kierowcy. Byłem lekko poirytowany jej pytaniem o to jak wygląda, wygląda tak jak zawsze - pięknie.

          *CLARA*
Grant niby wygląda jak zawsze, ale od pewnego czasu stał się jakby bardziej oschły w moim kierunku. Nie prawi mi tylu komplementów co kiedyś, spędzamy ze sobą mniej czasu, bo on ciągle przesiaduje na uczelni, a wolne chwile spędza w pokoju ze swoimi "zabawkami", tablicami z obliczeniami itd. Widzę się z nim rano przy śniadaniu i wieczorem podczas kolacji i to nie zawsze. Więcej wspólnego czasu spędzamy podczas wyjść publicznych takich jak dziś. Kiedy już dojechaliśmy do S.T.A.R. Labs. gdzie odbywa się publiczna prezentacja nowego projektu dr Wells'a, wysiadłam z pojazdu, a chwilę później trzymajać za dłoń Granta, który był ubrany w czarne spodnie w kant, czarne zaostrzone na czubku pantofle, białą koszulę, jasny fioletowy krawat i czarną, lekko połyskującą pod słońce marynarkę weszliśmy do środka kilkudziesięcio metrowego wieżowca. Na samym początku przyjęcia powitała nas asystentka Toma.
- Chodźmy bliżej. - z nadzieją w podświadomości zaproponowałam
- Przecież tu też będziesz słyszeć, w końcu będzie mówił do mikrofonu. - jego słowa były wypowiadane z zauważalną niechęcią
- A potem znów będziesz miał rzuty, że Twój ojciec się czepia, że nie stałeś bliżej. Chodź.
Złapałam go mocniej za dłoń i pociągnęłam w kierunku sceny, która stała przy oszklonej ścianie. Kiedy podeszłam razem z młodym Wells'em do pierwszego rzędu stanęliśmy centralnie naprzeciw mównicy, za którą chwilę później pojawił się dr Tom Wells. Stojąc na wyprostowanych nogach i trzymając w dłoniach torebkę z uwagą słuchałam przemówienia "teścia'. Zerkając kątem oka na 21-letniego chłopaka w wyrazie jego twarzy widzę skupienie, a dla odrobiny rozluźnienia obejmuje mnie w talii. Mój lewy kącik ust co rusz unosił się ku górze. Jestem szęśliwa, że mogę spędzić pierwszy raz od dłuższego czsu z Grantem kilka godzin i przy tym fajnie się bawić. Mimo obecności ludzi wydawać mogłoby się poważnych na tego typu przyjęciach, atmosfera zawsze była luźna, nigdy nie ma udawania sztywności i powagi jaka może mimo wszystko towarzyszyć takim okazjom. Po zwięzłym, ale dobitnym i na temat przemówieniu oraz podziękowaniu dla wszystkich zgromadzonych Wells zszedł ze sceny i podszedł do mnie i Granta z uśmiechem.
- Już myślałem, że was nie będzie. - z nutką smutku mówił 38-letatek
- Bo Clara musiała się tyle stroić.
Kiedy Grant oskarżał mnie o późniejsze przybycie, ja jedynie z niewinnym uśmiechem skierowałam swój wzrok w oczy Toma.
- Ale za to pięknie wygląda, najlepiej ze wszystkich tu zebranych dam.
Słysząc komplement z ust ojca mojego chłopaka moje policzki przybrały lekko różową barwę, a moje ciało przeszyło miłe ciepło.
- Widzisz, mówiłem. Mój tatuś prawi Ci komplementy, a ja Cię kocham i wszyscy jesteśmy szczęśliwi.
- Ty to powinieneś robić... - wymamrotałam cicho pod nosem
- Mówiłaś coś? - Grant nie słysząc poprosił bym powtórzyła
- Przynieś nam po szampanie. - wzrok skierowałam na chłopaka, a usta ku górze
- Jasne. - chłopak delikatnie mnie pocałował w policzek, po czym udał się do barku z alkoholem
- Dziękuję Tom. - uśmiechnęłam się patrząc mu w oczy - Ty też świetnie wyglądasz. - mówiłam to lekko się uśmiechając
38-latek jest tradycyjnie ubrany w czarny garnitur, białą koszulę, czarne pantofle, jedynie nie założył krawata, a jego marynarka zapięta jest na środkowy guzik.
- Przepraszam, że pytam, ale jeśli mogę wiedzieć. Co miał na myśli Grant mówiąc, że wszyscy są szczęśliwi? - w spojrzeniu Wells'a dostrzegam zainteresowanie
- W domu stwierdził, że to Ty jesteś od prawienia mi komplementów, a on od tego by mnie kochać... Sam od dłuższego czasu widzisz... zresztą... Dziś świetujemy Twój sukces, więc mamy i zamierzamy się bawić, a nie rozmawiać o sprawach rodzinnych.
Nie chcąc psuć humoru Tomowi z udawanym uśmiechem - po pierwszych dwóch zdaniach - patrzyłam mu w oczy i przy okazji delikatnie potarłam dłonią o jego górną część ręki.
- Wrócimy do tej rozmowy. - dr Wells zapewnił swoją pewnością w głosie

          *GRANT*
Kiedy widzę jak oni się dogadują to czasami... czasami czuję... czuję po prostu zazdrość. Mam wtedy niepochamowaną chęć zrobienia krzywdy własnemu ojcu... Ojcu, którego kocham i za którego oddał bym życie. Jednak po chwili ta nienawiść znika, bo uświadamiam sobie, że mój ojciec akceptuje Clarę, wybrankę mojego serca. Jeszcze chwilę stałem przy barku patrząc to na ojca to na Clarę aż w końcu moje nerwy przeszły, a ja chwyciłem kieliszki z szampanem i ostrożnie je nosząc wróciłem do ojca i Gomez.
- Chciałem Ci tato pogratulować wystąpienia. Było genialne, sam bym tego lepiej nie zrobił.
Z uśmiechem na twarzy lekko przytuliłem ojca przy czym jeszcze delikatnie poklepałem go po plecach.
- Kiedyś to Ty zajmiesz moje miejsce. - zapewnił mnie, zanurzając po chwili swoje wargi w napoju musującym
- Oby jak najpóźniej. - pogroziłem żartobliwie - A teraz przepraszam tato, ale chciałbym zatańczyć ze swoją piękną i wyjątkową dziewczyną.
Z uśmiechem, a przy okazji ukazując swoje śnieżnobiałe ząbki popatrzyłam 25-latce w oczy, a kilka sekund później delektowałem się słodkością jej ust. Po pocałunku razem z Clarą skierowaliśmy się na parkiet. Tańcząc z Gomez czułem jakby czyjeś dłonie dotykały moich ramion, ale to nie były dłonie Clary. Po chwili strachu, który mi towarzyszył przez pewien czas otrząsnąłem się i uświadomiłem, że to wynik za dużej ilości alkoholu w moim organiźmie. Jednak... jednak to co za chwilę zrobię, robię w pełni świadomie i wiem jakie mogą mnie czekać kosekwencje tego czynu.
- Clara. - zacząłem ostrożnie - Jesteś wyjątkową dziewczyną w moim życiu, cholernie Cię kocham i... i chałbym żebyś została moją żoną. Clara... wyjdziesz za mnie? - prosząc ją o rękę cały się trząsłem, a ona chyba to wyczuła
Przez najbliższe sekundy dziewczyna stojąc naprzeciwko mnie, trzymając mnie za barki, patrząc mi w oczy milczała. W tym momencie w mojej głowie pojawiło się milion myśli "Nie kocha mnie?", "Czyli jednak nie...". Kiedy te pierwsze znikały, pojawiały się kolejne, które były coraz gorsze... w pewnym momencie myślałem, że ma innego, że mnie zdradza, że zaraz mi to powie.
- Czyli nie? - zapytałem wpuszczając do organizmu wielki haust powietrza - Rozumiem...
Byłem rozczarowany, moje serce jakby się w jednej chwili zatrzymało, drugi raz w życiu poczułem się bezsilnie, bezradnie... a w głowie jedna myśl "Znowu nic nie mogę zrobić", brak jakiejkolwiek możliwości zmiany decyzji dziewczyny sprawiły, że po moim policzku spłynęła mała łza. Łza smutku, rozpaczy, żalu, rozczarowania, zawodu, cierpienia, bólu, nieszczęścia...
- Nie... Grant po prostu, zaskoczyłeś mnie tym pytaniem.
Dziewczyna wytarła mój policzek swoją gładką dłonią, czując ciepło jej ciała na swojej twarzy poczułem, że jednak powie "Tak", że ta cała sytuacja zakończy się happy endem, w moim sercu zaczął tlić się żar nadziei i jak najszybciej chciałem usłyszeć oficjalną odpowiedź dziewczyny.
- Grant... Kocham Cię i chcę być z Tobą, ale...
Brunetka pociągnęła mnie za dłoń i szybszym niż zwykle tempem wyszliśmy przed budynek.
- Przejdziemy się.
Oznajmiła i trzymając mnie za rękę, ale idąc wolnym krokiem, jak podczas spaceru kierowaliśmy się w zachodnią stronę miasta.
- Grant, kocham Cię, ale uważam, że... wiem, może nie jestem na tyle dojrzała emocjonalnie co Ty, choć jesteś młodszy, ale... Mam do Ciebie prośbę, chcę Cię prosić byś dał mi czas, byś dał mi kilka dni na podjęcie decyzji. - popatrzyła na mnie, a w jej oczach widziałem kręcące się łezki - Nawet jeśli po upływie tych kilku dni powiem "Nie" to moja odpowiedź nie będzie oznaczała, że to koniec. Kocham Cię i ta odpowiedź będzie znaczyła tyle, że na obecną chwilę nie jestem gotowa na ślub. Ty masz studia, ja jeszcze mam papierkową robotę w firmie Twojego ojca. Może to zabrzmi źle, ale nie uważasz, że jesteśmy za młodzi na ślub? Że to jeszcze za wcześnie?
Gomez się zatrzymała, wyglądała na zaskoczoną, ale zarazem zagubioną w całej tej sytuacji, w której oboje się znaleźliśmy. Mimo, że faktycznie w ostatnich miesiącach mniej czasu ze sobą spędzaliśmy to nie chciałem jej tracić, bo jest moim całym światem, sensem życia, postacią dla której i dzięki której budzę się każdego ranka. Ruchem głowy poprosiłem byśmy wracali, uścisnąłem jej dłoń odrobinę mocniej niż robiłem to zazwyczaj.
- Gdybym powiedział "Nie" to... to byłbym w tym momencie debilem i popełnił bym największy błąd życia. Może i okres dojrzewania przeszedłem tylko pod okiem ojca, ale wrażliwość matki posiadam i wiem, że dla was - dziewczyn, to jest bardzo ważna życiowa decyzja i jest wam trudniej ją podjąć niż nam - facetom zapytać was o rękę.
W pewnym momencie wystraszyłem się sam siebie, nigdy tak z nikim nie rozmawiałem, nigdy nie sądziłem, że takie słowa mogą mi przyjść z taką łatwością do powiedzenia. W obecnej chwili czułem radość w sercu, szczęście, które tak naprawdę trudno opisać, ale jeśli ktoś kiedyś znalazł się w podobnej sytuacji wie co teraz czuję.
- Dam Ci tyle czasu ile będziesz chciała. Kocham Cię i nie pozwolę sobie na jakąś głupotę przez którą mógłbym Cię stracić. Nawet jeśli miałbym do końca swoich dni żyć z Tobą na kocią łapę to wolę tak niż bez Ciebie.
Byliśmy już przed wieżowcem, w którym odbywało się przyjęcie ojca. Zatrzymaliśmy się około 25-30 metrów od wejścia, staliśmy skierowani ku sobie, nasze spojrzenia spotkały się i nie chciały od siebie odrywać.
- Kocham Cię i jesteś dla mnie najważniejszy. Nic lepszego mnie w życiu nie spotkało.
- Pamiętaj, jestem zawsze przy Tobie i dla Ciebie.
Twarz dziewczyny otuliłem swoimi męskimi dłońmi i powoli przysunąłem swoje usta do jej warg, przymknąłem oczy i zanurzyłem się w pocałunku ust z ukochaną. Nigdy przedtem tak jej nie całowałem, ten pocałunek był szczególny, miał w sobie coś specjalnego. Choć nie usłyszałem "Tak" to czułem się najszczęśliwszym mężczyzną na kuli ziemskiej. Po kilkudziesięciu sekundach oderwałem się od słodkich i delikatnych warg stojącej naprzeciw mnie Amerykanki. Kiedy zerknąłem w kierunku wejścia do budynku ujrzałem patrzącego na nas ojca, który po chwili uniósł kąciki ust do góry, a chwilę później wszedł do środka, a ja straciłem go z pola widzenia. Z radością w głębi siebie samego wszedłem z Clarą do środka, w obecnej chwili nawet nie miałem ochoty na alkohol, pragnąłem być przy ukochanej i nie chciałem się z nią nikim dzielić. Gdzieś w oddali sali ujrzałem Jacoba z dziewczyną, wyszeptałem 25-latce na ucho i podeszliśmy do znajomych. Ciepło się przywitaliśmy, a po oczach kumpla widziałem, że dziś sobie nie popił, w jego spojrzeniu nie było tej szczypty większej adrenaliny, która mu towarzyszy po większej ilości alkoholu w organiźmie. Razem w czwórkę zaczęliśmy prowadzić żywą dyskusję na temat tego, kto więcej osiągnie, oczywiście wszyscy pominęliśmy fakt, że tak naprawdę każde z nas zajmuje się czym innym i nie ważne ile byśmy osiągnęli w swoim fachu to będzie to nie lada wyczyn w danym zawodzie.

          *CLARA*
- Mogę prosić? - nagle usłyszałam znajomy mi głos
- Tak, oczywiście.
Moment później byłam już na parkiecie z głównym bohaterem dzisiejszego przyjęcia. Słysząc momentalnie wolniejsze tempo w jakim grała muzyka, zaśmiałam się w podświadomości i przyjęłam pozycję do tańca.
- Mamy pecha co do muzyki. - z uśmiechem wypowiedział swoje słowa
- Chcesz powiedzieć, że mam sobie iść? - uniosłam brwi ku górze nie uciekając wzrokiem od jego spojrzenia
- Nie to chciałem powiedzieć. - zakłopotany zaczął się tłumaczyć - Ale widzę, że z Grantem lepiej. - szybko zmienił temat
- Hah. - cicho zachichotałam pod nosem - Chyba objawienia dostąpił przez ostatnią godzinę.
Po moich słowach oboje się zaśmialiśmy, a mi się przypomniały momenty z przyjęć Wells'a zanim poznałam Granta.
- To już nie muszę się martwić? - zapytał z ciekawością w głosie i uniósł swoje brwi do góry
- Martwić?
Słysząc jego pytanie byłam zaskoczona, bo kiedy dowiedział się, że jestem z Grantem nie wyglądał na zadowolonego, przeszkadzało mu, że  jestem starsza od jego syna, ale z upływem czasu chyba zaakceptował mój związek z Grantem albo przynajmniej świetnie grał zadowolonego z całej sytuacji. Jednak w tym momencie mnie zdziwił, zszokował, zaskoczył... ale tym samym wywarł na mnie dobre wrażenie? Nie wiem, może zrozumiał, że w miłości nie ma miejsca na różnicę wieku.
- Jestem jego ojcem, więc to chyba normalne, że się martwię o własnego syna. - delikatnie uniósł kąciki ust w geście uśmiechu
- Nie odbierz tego źle, ale zawsze uważałam, że bardziej się martwisz o pracowników niż o własnego syna. - nasza rozmowa nabrała poważnego charakteru
- A może po prostu potrafię dobrze grać? - popatrzył mi prosto w oczy - Pracownik w każdej chwili może odejść, a Grant czy chce czy nie chce zawsze będzie moim synem.

poniedziałek, 11 kwietnia 2016

Prolog

Grant Wells 21-letni syn dr Toma Wells'a, właściciela S.T.A.R. Labs. Jest jedynakiem, a od 8 lat wychowuje się pod okiem ojca. Jego matka zginęła w katastrofie lotniczej na trasie New York - Seattle. Na brak funduszy nigdy nie mógł narzekać, obecność ojca też nigdy nie była problemem, bo ten większość czasu po śmierci żony spędzał z synem - co nie przeszkodziło mu w osiągnięciu sukcesów zawodowych. Jak zawsze faceci wieku Granta mają dziewczyny, szybkie auta. U niego ani jedno ani drugie nie było większym problemem, w końcu jest synem jednego z najbogatszych ludzi w Stanach. Może zacznijmy od tych większych wydatków finansowych. Utalentowany młodzieniec po ulicach NY wozi się najnowszym Ferrari F12xx Berlinetta, w rzucającej się w oczy czerwieni. Mniejszym wydatkiem chłopaka jest jego starsza o 4 lata dziewczyna - Clara Gomez, z którą jest od dwóch lat. 

               *GRANT*
- Wstecz, wstecz. Może zacznijmy od początku i więcej o mojej rodzinie. Urodziłem się 14 stycznia 1995 w New York, kiedy mój ojciec nie miał jeszcze 17lat. Tata urodził się 26 października 1978, a mama na tym samym roku tylko 22 sierpnia. Ja? Ja powstałem z przypadku, jestem "produktem" pierwszego razu moich rodziców. Mimo, że jestem tylko błędem przy pracy nigdy nie mogłem na nich narzekać. 18 lipca 1996 moi rodzice się pobrali i wtedy już wyglądaliśmy na normalną rodzinę - nie licząc ich wieku. Jako dziecko zawsze byłem pod opieką mamy, bo ojciec najpierw poszedł na studia, potem od podstaw założył firmę i skubanemu udało się osiągnąć sukces. Jednak jak oglądam zdjęcia i pamiętam to mama była tą piękniejszą stroną ich dwójki, ale... z biegiem czasu ojciec wyprzystojniał na starość. Moje dzieciństwo było spokojne, szczęśliwe, nigdy nie narzekałem na brak czegokolwiek - nawet na brak przyjaciół. Z tymi, którymi siedziałem w szkolnej ławce jako 8-latek siedzę i teraz jako 21-latek na Uniwersytecie fizyki. Moje spokojne i radosne dzieciństwo zostało zburzone 15 lutego 2008, kiedy tata powiedział mi, że mama jest z aniołkami. Od tamtego czasu ojciec stał się dla mnie wszystkim, dzięki niemu zyskałem zapał do nauki, a talent... a talent też odziedziczyłem po nim. Mimo, że on chciał więcej czasu spędzać ze mną w domu, mnie zawsze ciągnęło do jego pracy. Tak mi zostało do tej pory, zresztą to tam poznałem swoją obecną dziewczynę. Jednak, od tamtego czasu dużo się zmieniło. Relacje z bliskimi mam takie same, ale więcej czasu spędzam na uczelni, bo mam nadzieję, że kiedyś odziedziczę firmę po ojcu. Jednak nie zapominam, że mój staruszek wciąż jest młody i pełny werwy, więc nawet nie liczę, że w najbliższym czasie to się stanie. I tak o to w skrócie poznaliście moją przeszłość, teraz poznacie moją teraźniejszość. Witam w moim świecie, świecie Granta Wells'a.